Będzie mocno osobiście i niezbyt wesoło… Takiego roku jeszcze w moim życiu nie było. Jestem pewna, że wrażenie, jakie na mnie wywarł pozostanie ze mną na długo, a zmiany, które w nim zaszły – w codziennym funkcjonowaniu, w tym, co w głowie – odcisną się w życiorysie na dobre.

Boli mnie ten rok, wiecie? I to, że przydarzyła się nam wszystkim pandemia nie jest w nim dla mnie najgorsze. Choroby mamy od zawsze – to nie pierwsze masowe infekcje w dziejach. Ale to, co się dzieje w związku ze sprawą… W polityce, w ochronie zdrowia, w społecznościach, w prawie pracy… Dla mnie to jest dopiero tragedia.

Społeczność

Wyłącz telewizor, włącz myślenie. Otwórz oczy, zrzuć kaganiec. To w najlepszym wypadku. W najgorszym: Bill Gates, 5G, plandemia, chipowanie ludzi pod pretekstem szczepionek.

Serio?

Odnoszę wrażenie, że w przeciągu dwóch dekad jako społeczność zdurnieliśmy, zamiast się rozwijać. Zamiast postępu edukacji mamy galopująca głupotę (jeśli ktoś dalej nie wierzy, to może zajrzeć na Tik Toka). Podejrzewam, że internet jest za to w dużej mierze odpowiedzialny. Każdy może głosić swoje poglądy i znajdzie odbiorcę – nie ważne jak bardzo byłyby szkodliwe. Media społecznościowe dokładają swoją cegiełkę. Jeśli ktoś lubi teorie spiskowe, wyszukiwania podrzucają mu kolejne, a te padają na podatny grunt. Przesiadywanie we własnej bańce informacyjnej prowadzi do dalszej radykalizacji, polaryzacji poglądów i dzieli nas wszystkich wpół. Ego uwielbia konfrontacje, uwielbia czuć, że ma rację. To nie jest nic nowego… Tylko, że tym razem to nie tylko wprowadza chaos i niezgodę między ludźmi. Tym razem to jest zwyczajnie niebezpieczne. Lekceważenie zagrożenia przełoży się na ilość zachorowań. Już się zaczyna przekładać. Tymczasem Ci sami ludzie, którzy pytali gdzie ten COVID, a znasz kogoś chorego? właśnie przesuwają granicę i zaczynają pytać czy słyszałeś, żeby ktoś na to umarł?

Boję się.

Boję się, bo nie jestem sama. Nie jestem odpowiedzialna tylko za siebie, ale też za to delikatne życie rozwijające się we mnie. Dla mnie każda infekcja o ostrym przebiegu może skończyć się przedwczesnym porodem, który nie da szans na przeżycie mojemu dziecku. Tymczasem nie mogę dostać szczepionki na grypę, mimo tego, że jestem w grupie ryzyka (Brawo Ministerstwo Zdrowia! Jeszcze do Was wrócę!). Nie mogę wybrać się do lekarza bez spotkania kogoś, kto woła, że chce znać podstawę prawną, jeśli chodzi o obowiązek noszenia maseczek, bo to żeby mieć rację jest ważniejsze od zasad współżycia społecznego. Kogoś, kto powołuje się na Konstytucję, tą samą, która daje mi prawo do ochrony zdrowia i życia. Kogoś, kto wierzy w rozpowszechnione bzdury, że 20 minut w sklepie w maseczce go zabije i zafunduje mu grzybicę płuc. Bo tak jest mu łatwiej… Bo to mu daje poczucie kontroli nad z gruntu niepewną sytuacją.

Post użytkowniczki z grupy “Rodzę w lutym 2021”:

Postanowiłam Wam dziewczyny jednak napisać trochę o tym “strasznym” covidzie… Teraz już jestem w stanie, ale to co się ze mną działo… Nigdy bym nie pomyślała, że to się wydarzy i że będę go przechodzić aż tak. Pewnie krótko nie będzie, bo krótko się nie da 🙂 Pierwsze objawy miałam 26.09 – gorączka, zmęczenie, lekki kaszel i ból na dole pleców. To była sobota, dostałam wtedy również wyniki posiewu. Były złe – mój ginekolog zdecydował, że nie będziemy czekać do poniedziałku tylko żebym na pogotowie pojechała i tam od razu dadzą antybiotyk, bo zwykły Urosept nie da rady. Wytrwałam do poniedziałku i poszłam do ginekologa, bo to nic nie pomagało i nerki. bolały mnie coraz bardziej i gorączka co jakiś czas wracała. Lekarz zdecydował, że jednak bez dożylnych antybiotyków się nie obejdzie i dał skierowanie do szpitala. W poniedziałek wieczorem zostałam przyjęta na oddział ginekologii. Zlecono antybiotyki i rozpoczęło się leczenie. Nie mogłam wytrzymać z bólu, ani leżeć, ani siedzieć. Noce najtrudniejsze, zwijałam się z bólu, ale położne bardzo uprzejme i pomocne. W środę już nie mogłam wytrzymać, zaczęli mi podawać kroplówki przeciwbólowe, ulżyło – czułam się nieco lepiej, to znaczy ból był mniej odczuwalny. Ale w nocy z środy na czwartek mój stan zaczął się pogarszać, męczący kaszel, gorączka, dreszcze, no i duszności ? W czwartek lekarz stwierdził, że jestem nerwowa, dali mi coś na uspokojenie i sugerowali że po szpitalu korzystać z pomocy psychologicznej, bo jestem po kilku poronieniach i na pewno po prostu za bardzo przejmuje się, że i tym razem może być coś nie tak. Do tego uznali, że te moje trudności z oddychaniem to może być reakcja uczuleniowa na antybiotyk, więc go zmienili. Zaczęło mnie znowu swędzieć całe ciało i jakieś plamy mi wyszły. Znowu odstawili antybiotyk. W piątek już zaczęli się zastanawiać co jest nie tak, bo duszności coraz większe. W końcu zaczęli koło mnie biegać, internista, kardiolog, wymaz z nosa… No i przyszedł na drugi dzień ten nieszczęsny wynik. Test na covid wyszedł pozytywny. Od razu transport do szpitala zakaźnego, a ja czuję się coraz gorzej, zaczynam już na prawdę martwić się o dziecko, kaszel powoduje mocne napinanie brzucha i nerwy coraz większe.. To już 20 tydzień. Od razu usg i badania, ufff… z córeczką wszystko dobrze ❤️ Dwa kolejne wymazy potwierdziły covid. Już nie ma wątpliwości, ale ze mną coraz gorzej. Bol głowy nie do wytrzymania i już całkiem musieli mi podpiąć tlen bo nie umiem sama oddychać, co chwilę się duszę. Niestety bardzo źle to przechodzę. Wyjście do ubikacji kosztuje mnie wszystkie siły. Po paru krokach potrzebuje już tlenu. Do tego wszystkiego spadł mi bardzo potas i nie wiedzą co z moim sercem. Puls cały czas za wysoki. Podejrzewają tachykardie. Czasami nie potrafię nawet wstać z łóżka bo nie mogę złapać tchu przy zmianie pozycji, więc dobrze ze mam już ten tlen przy łóżku. Ale na szczęście z dzieckiem jest póki co wszystko ok bo to mnie najbardziej martwi kiedy brakuje mi powietrza. Czasami już płaczę jak dziecko, nie tego się spodziewałam. Tyle o siebie dbam, na wszystko uważam, a jednak ktoś przyniósł mi to gówno do domu. I to jeszcze tak to wszystko ciężko przechodzić… Inni bezobjawowo, albo sobie pokaszlą trochę, a ja zawsze coś… Nikomu nie życzę żeby tego covida przechodził w taki sposób. A leku na to nie ma więc łagodzą objawy i musi minąć. Tlen mi pomaga oddychać i tableteczka żebym mniej kaszlała. Dzisiaj jest środa – nareszcie czuje poprawę. Mniej kaszle, tlen już nie jest potrzebny. Wyjście do ubikacji jest już coraz mniej męczące. Mogłam się wczoraj wykapać i umyć włosy. Z przerwami i odpoczynkiem ale udało się ? już siedzę na łóżku i oddycham normalnie. Co prawda nie potrafię wziąć głębokiego oddechu, bo jeszcze mnie zatyka, ale mogę rozmawiać przez telefon z moim mężem, tak bardzo mi go brakuje, ale wierzę, że będzie już coraz lepiej. Dziewczyny uważajcie na siebie. Ja sama nie do końca wierzyłam w tego covida, moi znajomi również. Ale tak to jest, że dopiero wtedy kiedy ciebie to dotyka lub kogoś z Twoich bliskich to otwierają się oczy i zaczynamy inaczej postrzegać “tego dziada”. Wszystkim Wam życzę zdrowia i oby nasze maluchu urodziły się w terminie i dostały 10pkt 🙂

Ja NIE CHCĘ takiego czegoś doświadczać. A widzę, że dziś własne zdanie jest ważniejsze niż cudze życie. Moje, mojego dziecka, Twoje, naszych babć, dziadków, matek z cukrzycą, ojców po zawale… Wiedziałam, że ludzie bywają egoistyczni i nastawieni na własne dobro i zyski, ale nie wyobrażałam sobie skali tego zjawiska. 2020 udowodnił mi, jaka byłam naiwna, chociaż uważałam się za ostrożną osobę.

I jasne, część tego problemu ma swoje źródło w niewiedzy, słabej edukacji, lub zwyczajnym lenistwie i spaniu na lekcjach biologii (ostatnio byłam świadkiem jak starsza pani zdjęła w autobusie maseczkę po to, żeby zakaszleć, po czym założyła ją z powrotem), bo nie wiem jak inaczej wytłumaczyć notorycznie odkryte nosy (no chyba, że te osoby “nie wierzą” w wirusa i zakładają maseczkę tylko po to, żeby uniknąć mandatu, co swoją drogą nie powinno mieć miejsca, bo stosowanie się do przepisów na pół gwizdka to po prostu nie stosowanie się do przepisów).

“[My father] said that men do these things not because of evil: They do evil because of fear. And at that moment, I realized my father is a fool for thinking there was a difference.”

Ochrona zdrowia

Absurd goni absurd. Zamknięte przychodnie, zajęte (lub zwyczajnie nieodbierane!) telefony, brak zapisów nowych pacjentów (jakby nowe choroby się nie pojawiały) i przyjmowanie tylko tych aktualnie leczonych, nadużywanie teleporad tam, gdzie konieczna jest normalna wizyta lekarska, przerzucanie odpowiedzialności za pacjentów pomiędzy szpitalami, Ci sami lekarze nie widzący nagle żadnego problemu w realizowaniu wizyt prywatnych, walenie kijem w parapet placówki, żeby ktoś rzucił Ci receptę…

Poodwoływali mi wizyty na które czekałam od miesięcy, a nawet rok i nie zaproponowali żadnej alternatywy.

Nie chcieli mnie przyjąć na NFZ, żeby potwierdzić ciążę. Nie wiedziałam, czy w ogóle jestem w ciąży i czy nie jest ona np. pozamaciczna i naprawdę nikogo to nie obchodziło. Tylko dotychczasowe pacjentki i koniec, nie ma zmiłuj.

Gdyby nie Medicover, to kontakt z publiczną służbą zdrowia już by mnie w tej ciąży wykończył, ale wiem, że nie wszyscy mają taką możliwość… 🙁 To niesprawiedliwe.

A jeśli już jesteśmy przy tym temacie: brak porodów rodzinnych (kiedy z mężem jesz, śpisz, żyjesz i dzielisz florę!), izolacja matek od dzieci zaraz po porodzie, zakaz odwiedzin wcześniaków, cięcia cesarskie bez zgody i wskazań medycznych, tylko z powodu zarażenia wirusem, uniemożliwianie karmienia piersią, porody naturalne w maseczkach na twarzy (wybaczcie, ale w porodzie swobodny oddech jest akurat kluczowy – poza tym: wesele można zrobić, ale rodzić po ludzku to już nie!) – a wszystko to w naszym pięknym kraju, mimo tego, że światowe zalecenia są zupełnie inne!

I ja dalej po prostu nie wiem, czy jak przyjdzie co do czego, to nie każą mi nagle rodzić samej, czy nie stwierdzą po dodatnim teście (bo jak tak dalej pójdzie to do lutego więcej będzie chorych, niż zdrowych), że lepiej mnie rozciąć, bo mają taki kaprys, ani czy nie odbiorą mi mojego dziecka zaraz po urodzeniu!

Jeśli tak się przydarzy to przynajmniej wiem, że na pewno nikt mi terapii nie sfinansuje, a z depresją poporodową będę musiała sobie poradzić przez telefon, lub w ogóle samodzielnie.

Polityka

Pozwólcie, że nie skomentuję już organizacji zamówień szczepionek na grypę, paradowania ministrów bez środków ochrony osobistej, wieców, świętowania końca epidemii, respiratorów, chińskich maseczek, 70 milionów, “bólów lepszych niż mój” i tym podobnych.

Prawo pracy

Nagle okazało się, że da się zrobić wszystko. Że da się wywalić ludzi na zbity pysk (nawet tych uprzednio chronionych), nie zapłacić im, obniżyć etaty jak się komu spodoba, a wszystko to w imię wyższego dobra, tj. ratowania firm, które poniosły TAKIE STRATY. Wiecie co? Ja tych strat nie widziałam. Na pewno nie w tych firmach, które z pomocy Państwa skorzystały.

Osobiście: mam zmniejszony zasiłek chorobowy, bo zwolnienie dostałam w trakcie obniżonego etatu. Moi współpracownicy powrócili miesiąc później do normalnej wypłaty, a ja do rozwiązania będę miała zmniejszony dochód, bo podstawy wymiaru nie przelicza się ponownie. Mało tego: na biurko prezydenta właśnie trafiła ustawa, która miała naprawić sytuację kobiet, które akurat urodziły w zmniejszonym etacie. I owszem, naprawia – ale przy okazji rujnuje moje szanse na normalniejszy macierzyński, bo nie zakłada przeliczenia wspomnianej podstawy po tym, jak ja już urodzę. Czyli: teraz dostaję zasiłek od zmniejszonego etatu i tracę miesięcznie setki złotych (chociaż składki odprowadzałam przecież z pełnej pensji przez 10 miesięcy!), a potem dostanę jeszcze mniej pieniędzy, bo 80% z mojego pomniejszonego etatu.

Mówiąc wprost: firma zrobiła sobie dobrze na trzy miesiące, a ja będę ponosić finansowe konsekwencje tego do końca zasiłku macierzyńskiego.

Efekt jest po prostu taki, że zerkam nerwowo na stan konta i mam problem ze sfinansowaniem wyprawki, bo chociaż pracowałam na swoje zasiłki przez 12 miesięcy i byłam przekonana, że stać mnie na dziecko, to Państwo dołożyło starań, żeby stworzyć mi takie warunki, żeby mnie już nie było stać. Takie realia.

Zawsze ceniłam sobie swoją niezależność finansową, płaciłam po połowie za wszystko i byłam z tego dumna, a teraz mąż będzie mnie utrzymywał… On w tym problemu nie widzi, ale mi to bardzo ciężko przełknąć.

Czuję się tak, jakby ktoś mnie okradł.

***

Jeśli dotrwaliście w czytaniu do końca – dziękuję. Jeśli macie dla mnie jakieś dobre słowo, to będę za nie wdzięczna. Siedzę w tym domu od marca. Nie wychodzę bez potrzeby. Mało kogo widuję. Nie wiem, czy nie zapomniałam jak się rozmawia z ludźmi.

Nie ukrywam, że jest mi po prostu trudno, a szalejące hormony wcale nie pomagają. Człowiek płacze, bo się denerwuje (i z tej całej bezsilności), a potem ma jeszcze do siebie pretensje, że nie umie się opanować, a dziecko to przecież czuje.

Bo ona (bo to jest właśnie ona, maleńka dziewczynka…) naprawdę to czuje, wie kiedy jest mi źle. Kopie mnie wtedy po pęcherzu. Tak bardzo chciałabym umieć nie zakłócać jej spokoju, ale czasem już zupełnie nie wiem jak…

***

Dobra…

Trzymajcie się ciepło i nie chorujcie.

Pa.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. A.

    Kochana mozesz zadzwonić do mnie zeby nie zapomnieć jak rozmawiać. Tak bardzo chcialabym by było bardzo dobrze, choć ostatnio widzę same czarne chmury.

Dodaj komentarz

Zielona Czarodziejka

Wierzę w dobre intencje. Kocham zwierzęta i światło świec. Wbrew wszystkiemu nie straciłam zdolności do dziecięcego zachwytu. Ufam swojemu bogu, ale moim kościołem jest natura. Z mięs jem tylko ryby.