Jutro rodzę. Przynajmniej w teorii. Nie wiem, czy moje dziecko jest tego świadome. Obawiam się, że nie ma wdrukowanego kalendarza w głowie. Mówią, że “dojrzałe jabłko samo spada”. Tak mówią…

Uwaga: ten wpis jest próbą wygadania się i odreagowania.

Dawno temu czytając wypowiedzi innych kobiet na różnych grupach na Facebooku zauważyłam niepokojący trend (przynajmniej w obrębie tamtych społeczności). Otóż: nawet jeśli do tej pory ciąża przebiegała bezproblemowo, fizjologicznie, to nie ma opcji, żeby pod koniec coś nie próbowało się spieprzyć. Albo coś dzieje się ze zdrowiem, albo lekarz wpada na jakiś genialny pomysł (w stylu: indukcja “bo ponieważ tak”), albo poród nie przebiega tak, jak można by tego oczekiwać. Sytuacje są naprawdę różne i po prostu niewiele jest Pań, które mogą napisać “miałam bezproblemową ciążę i piękny poród”.

Muszę przyznać, że jak do tej pory, oprócz wzajemnego przepychania się różnych specjalistów ginekologów i hematologów, co do kwestii, czy ja mam w ogóle przyjmować acard, czy może wstrzykiwać sobie heparynę, a jeśli tak, to od kiedy do kiedy (co w efekcie skończyło się tym, że zostałam ze słowami “według mnie jest ryzyko, ale jeśli Pani chce, to może je Pani podjąć” i decyzją – z której na pewno ktoś mądry będzie niezadowolony – zupełnie sama), to jakoś to wszystko szło…

… a potem, czwartego dnia zastrzyków, zaczęło się nagle i bez ostrzeżenia: od zaburzeń widzenia w postaci falującej, zygzakowatej plamy (dziś wiem, że fachowo nazywają się one teichopsjami, iluzjami fortyfikacyjnymi), błysków, mroczków i niedowidzenia. Myślałam, że może mnie trochę zamroczyło (mam niskie ciśnienie od miesięcy) i zaraz przejdzie, ale do objawów dołączyło drętwienie lewej strony ust, nosa i ręki – postępujące złowrogo od koniuszków palców do ramienia.

Podałam mężowi telefon i powiedziałam “dzwoń na 112, bo nie wiem co się dzieje – chyba mam udar, albo zawał” i tym sposobem wylądowałam na SORze, skąd przekazano mnie na oddział patologii ciąży.

Oddział patologii ciąży

Nie jest miejscem, w którym chciałabyś się nagle znaleźć, przerywając swoje radosne oczekiwanie i wcale nie chodzi o:

  • Dietę: codziennie rano i wieczorem 5-6 mniejszych i większych kromek chleba, 3 plasterki wędliny, listek sałaty i mini-margaryna, a na obiad kulka ziemniaków, dziwny pulpet w sosie i dwie łyżki marchewki/buraczków. Uwaga: jeśli nie tolerujesz laktozy, a wszyscy dostają akurat jogurt, to zapomnij, że dostaniesz np. jabłko, żeby się kalorie zgadzały. Po prostu nie dostaniesz jogurtu. Twoja strata. Dobrze, że nie powiedziałam, że jestem wegetarianką (uznałam, że nie będę robić problemów), bo pewnie dostałabym samą sałatę z margaryną do chleba. Dobrze też, że nie byłam tam dłużej niż tydzień, bo nabawiłabym się niedoborów, a tak, to tylko schudłam.
  • Czarnego grzyba na ścianie w łazience: po co komu remont szpitala, jak można dofinansować TVP i Ojca Dyrektora.
  • Zapadnięty materac pamiętający Polskę Ludową: ponownie, TVP ważniejsze, niż komfort kobiety w ciąży (nie ma czegoś takiego w III trymestrze, ale te materace wcale niczego nie ułatwiają) i jakieś tam Twoje fanaberie-dyskopatie. This is Sparta!
  • Budzenie Cię w nocy co 2-3 godziny: podyktowane bezpieczeństwem dzieci (KTG, słuchanie tętna), ale na dłuższą metę naprawdę wyczerpujące fizycznie i psychicznie.
  • Brak odwiedzin i zamknięty oddział: z powodu pandemii. Siła wyższa, ale umówmy się, że chodzenie po korytarzu w tę i z powrotem rzuca się po jakimś czasie na głowę swoim więziennym klimatem. Do kompletu doznań: drzwi bez klamek i zero prywatności.
  • Niedostatek personelu: kiedy leżysz nieruchomo pod KTG (trwającym normalnie z 30 minut) już półtorej godziny i jest Ci aż niedobrze z bezruchu, więc prosisz koleżankę z sali o interwencję i uwolnienie, a okazuje się, że nikogo nie ma w dyżurce, na tym oddziale zamkniętym…

To nie jest najgorsze.

Najgorsze jest widzieć, słyszeć, wiedzieć i poznawać.

Oddział patologii ciąży to szybki kurs z porodów, jęków bólu i ludzkich nieszczęść. Jeśli nigdy nie rodziłaś, to na pewno Ci się nie spodoba przed Twoim własnym rozwiązaniem.

Pierwszego dnia nie spodoba Ci się mrożący krew w żyłach krzyk niezgody na ból, którego jeszcze nie zaznałaś i nie umiesz sobie wyobrazić.

Potem nie spodoba Ci się, że rodo-srodo, troska, opieka i wrażliwość na krzywdę, ale gdy ktokolwiek z personelu pyta “która ciąża”, to jest przymus odpowiedzi i wszyscy w sali będą wiedzieć ile miałaś poronień.

Najmniej spodoba Ci się, gdy po usłyszeniu nieciekawych wieści nie masz jak ukryć niechcianych łez napływających do oczu.

Występowanie objawów neurologicznych spowodowanych zaburzonym dopływem krwi do mózgu, które ustępują samoistnie w przeciągu 24 godzin określa się jako przemijający atak niedokrwienny (z ang. transient ischemic attack – TIA).

(…) Objawy neurologiczne w przebiegu TIA ustępują całkowicie bez leczenia, dlatego bardzo często TIA jest bagatelizowany przez pacjentów i ich rodziny. Należy jednak podkreślić, że TIA często poprzedza udar mózgu, który może doprowadzić do nieodwracalnych problemów neurologicznych (np. zaburzenia mowy, widzenia, niedowłady, zaburzenia czucia).

Szacuje się, że po pierwszym epizodzie TIA udar dokonany występuje: u 8-12% pacjentów w ciągu 7 dni, u 7-14,5% w ciągu jednego miesiąca, a u 10-17,3% po 3 miesiącach. Przy czym niezwykle ważne jest, że około połowa wszystkich tych udarów występuje w pierwszych 48 godzinach po TIA. (źródło)

Odwróciłam wzrok, bo nie chciałam robić żadnych scen! Problem w tym, że mając łóżko pośrodku nie za bardzo jest gdzie uciec spojrzeniem.

Nie płacz… – usłyszałam – Nie płacz! Ty masz ciążę donoszoną! A ja co mam powiedzieć?!…

Nie płacz, inni mają gorzej.

Nie brak mi współczucia i ze względu na nie nie odpowiedziałam ani słowem.

Naprawdę chętnie bym nie płakała. Niestety od kilku lat, to nie jest możliwe, bo bardzo długi okres przewlekłego, ostrego stresu odcisnął się z buta na moim układzie nerwowym. Od tamtej pory rzeczy szybko “przeciekają”. I tak jest super progres… W 4 przypadkach na 5 jestem w stanie opanować dygotanie w sytuacji stresowej. Kiedyś nie mogłam – co było niezbyt przydatne na rozmowach kwalifikacyjnych.

Wracając do tematu: teraz, dzięki ochronie życia poczętego na oddziałach patologii ciąży nie będzie już wolno płakać nikomu.

Nie płacz, moje dziecko umrze zaraz po porodzie! Co ja mam powiedzieć?

(Taka refleksja).

A potem wciskając się w najdalszy kąt korytarza dzwonisz do rodziny, żeby się pocieszyć jakoś, wesprzeć i słyszysz:

Łe, to już Cię pewnie stamtąd nie wypuszczą… Pewnie będą wywoływali poród. Albo może cesarkę Ci zrobią, co? (…) Nie po to opiekowałaś 9 miesięcy, żeby teraz stracić.

Uciec, uciec, schować się i nie wracać…

Opuściłam szpital po tygodniu, bez śladu w głowie, bez udaru następczego. Trzy dni dochodziłam do siebie. Dosłownie prosiłam maleńką, żeby się jeszcze nie rodziła, bo ja się muszę wyspać – inaczej nie dam rady rodzić, gdyby się zaczęło. Jedzenie smakowało jak ambrozja.

Tymczasem wczoraj znowu spędziłam wieczór na izbie przyjęć. Mojej lekarce nie spodobało się KTG. Widziała tachykardię tam, gdzie ja widziałam akceleracje – zjedzony obiad i normalne, codzienne godziny dużej aktywności (moja córka nie należy do leniwych dzieci – gdyby wykonywała 10 ruchów dziennie, to bałabym się o jej życie). Trzeba było sprawdzić (tachykardii nie potwierdzono)… Na szczęście bardzo szybko okazało się, że nic złego się nie dzieje, nie ma powodu do niepokoju. Rozumiem decyzję lekarki o skierowaniu mnie na izbę przyjęć, nie dyskutuję z nią, ale wizja powrotu do szpitala, indukcji (bo taki scenariusz nakreślono) zamiast spontanicznie zaczynającego się porodu w domu, czy słowa o możliwym niedotlenieniu i niewydolności krążeniowej

To wszystko mnie po prostu przytłoczyło. Całą noc miałam jakieś koszmary.

Muszę się zaszyć, zniknąć, pomilczeć, otulić się… Myśleć już tylko dobrze i o malutkiej… Trzymajcie kciuki, żeby nic złego już się więcej się nie działo…

***

…I tak czekasz, czekasz radośnie na powitanie Twojego dziecka na świecie. Wypoczywasz i czekasz w atmosferze intymności, spokoju i bezpieczeństwa, które sprzyja wydzielaniu oksytocyny – hormonu niezbędnego do rozpoczęcia porodu…

Czy może czekasz cały czas na adrenalinie blokującej postęp porodu? Tylko nie czekaj czasem za długo… Wiesz, że 7 dni po terminie powinnaś się znaleźć z powrotem na oddziale?

Dojrzałe jabłko samo spada, tak, tak…

Tik tak.

Dodaj komentarz

Zielona Czarodziejka

Wierzę w dobre intencje. Kocham zwierzęta i światło świec. Wbrew wszystkiemu nie straciłam zdolności do dziecięcego zachwytu. Ufam swojemu bogu, ale moim kościołem jest natura. Z mięs jem tylko ryby.